wtorek, 11 października 2016

"Szklany miecz" Victoria Aveyard | Recenzja

"Walka pomiędzy rosnącą w siłę armią rebeliantów a światem, w którym liczy się kolor krwi, przybiera na sile. Mare Barrow ma czerwoną krew, taką samą jak zwykli ludzie. Jednak jej zdolność kontrolowania błyskawic – nadprzyrodzona moc zarezerwowana dla Srebrnych – sprawia, że rządzący chcą wykorzystać dziewczynę jako broń.

Mare odkrywa, że nie jest jedyną Czerwoną, która posiada umiejętności charakterystyczne dla Srebrnych. Są też inni. Ścigana przez okrutnego króla Mavena wyrusza na wyprawę, aby zrekrutować Czerwono-Srebrnych do armii powstańców gotowych walczyć o wolność. Wielu z nich straci życie, a zdrada stanie się chlebem powszednim. Mare musi też zmierzyć się z mrokiem, który ogarnął jej duszę. Czy sama stanie się potworem, którego próbuje pokonać?"



tytuł oryginału: Glass Sword
data wydania: 17 lutego 2016
liczba stron: 560
tłumaczenie: Adriana Sokołowska- Ostapko
wydawnictwo: Otwarte 

Po długim oczekiwaniu w końcu udało mi się przeczytać tą książkę. "Czerwona królową" przeczytałam z zapartym tchem, natomiast ta część... już taka fajna nie była. 

Zacznijmy od początku. Wraz z rozpoczęciem się drugiego tomu wracamy do księcia Cala, Mare i całej Szkarłatnej Gwardii. Ich głównym celem jest odnalezienie innych Nowych i uratowanie ich przed królem Mavenem. Jest to w większej części niebezpieczne zadanie i bohaterowie muszą zachować 100% ostrożności. 

Akcja, ryzyko, watek miłosny i... na tym kończą się plusy tej książki. Już w poprzedniej części rzuciło mi się to w oczy, ale tutaj to jest po prostu chamskie. 
Victoria Aveyard żywcem skopiowała pewien fragment z "Igrzysk śmierci", a konkretnie z "Kosogłosa". Jak to przeczytałam, miałam nieprzyjemnie wrażenie, że gdzieś to już czytałam. Poniżej daję zdjęcie, na dowód :D



Przykro mi, bo szczerze polubiłam tą autorkę, ale kopiarstwa to ja bardzo nie lubię. Owszem, można się zainspirować, ale istnieje pewna granica.

Wspomniałam o wątku miłosnym, więc pozwólcie, że go rozwinę. Bardzo irytowało mnie niezdecydowanie Mare. Sama nie wie czy kocha Cala, czy go nienawidzi, czy też się nim brzydzi. 
Zaczynam powoli rozumieć osoby, które nie lubią głównych bohaterek. Po "Szklanym mieczu" przestałam lubić Mare Barrow, rozkapryszoną nastolatkę.
Za to bardziej przekonałam się do Farley, która okazywała więcej "ludzkich uczuć".
Nie wiem jeszcze co do końca mam sądzić o pozostałych postaciach.

Książka momentami była zabawna, ale czasami także bywała smutna. W niektórych chwilach prawie się popłakałam.

PODSUMOWANIE:
Pomimo morza słów, które wylałam hejtujac tą pozycję, podobała mi się. Wciągnęła mnie akcja oraz
niezwykłe wytrwanie w tym, by odnaleźć i uratować pozostałych. 

"Szklany miecz" otrzymuje ode mnie ocenę 4.5/ 6.