wtorek, 1 listopada 2016

"Małe życie" Hanya Yanagihara | Recenzja

"Willem, Malcolm i JB stopniowo odkrywać będą straszną prawdę, która kładzie się cieniem na całym życiu przyjaciela. Nieuchronnie nadchodzi dla nich czas trudnej próby empatii i dojrzałości. Co będą gotowi poświęcić, by ratować Jude’a, pogrążającego się w mroku? Oto poruszająca do głębi opowieść o życiu w wielkim mieście, które daje szansę na zapomnienie o przeszłości, oraz o życiu w bólu, który nie pozwala zapomnieć. To proza, która w całym swoim pięknie opisuje doświadczenie zła, granice ludzkiej wytrzymałości i tyranię pamięci."




tytuł oryginału: A little life
data wydania: 27 kwietnia 2016
liczba stron: 816
tłumaczenie: Jolanta Kozak
wydawnictwo: W.A.B

Tak jak pisałam wczoraj, przychodzę z recenzją "Małego życia". Nie doszłam za bardzo do siebie po jej skończeniu, ale chcę Wam napisać o swoich wrażeniach, tak "na żywo". 

BOHATEROWIE:
Na początku książki poznajemy czwórkę przyjaciół: Jude, Willema, JB oraz Malcolma. Każdy z nich ma swoje tajemnice i problemy, ale też każdy jest na swój sposób wyjątkowy. Jeśli mam być szczera to ja najbardziej polubiłam Willema i jego beztroskie podejście do życia (oczywiście nie zawsze, ale w większym stopniu ). 
Od razu Was uświadamiam, że większość książki skupia się wokól postaci Jude'a, który miął dosyć traumatyczne dzieciństwo. Oczywiście więcej powiedzieć nie mogę, bo odbiorę Wam całą frajdę poznawania tejże historii.

FABUŁA:
Jest to bardzo poruszająca książka i na pewno nie dla wszystkich. Uważam, że za tą książkę powinny zabrać się osoby troszeczkę doświadczone życiowo i nawet ja do końca nie zrozumiałam "Małego życia", ponieważ na karku mam dopiero osiemnastkę. 
" (...) A jednak naprawdę Jude po raz pierwszy pojął, że ludzie, którym nauczył się ufać, mogą go pewnego dnia zdradzić. Pojął też, jakkolwiek brzmi to rozczarowująco, że to nieuchronne, a życie będzie go pchać dalej naprzód, bo za każdego, kto sprawi mu zawód, ma przynajmniej jedną osobę, która go nigdy nie zawiedzie." 
Hanya Yanagihara zabiera nas w podróż po Nowym Jorku oraz Bostonie, gdzie nasi bohaterowie przeżywają swoje wzloty i upadki, pierwsze miłości oraz osobiste tragedie. 
Ta książka jest w pewnym stopniu powieścią psychologiczną, ponieważ mamy do czynienia z człowiekiem, który przeżył (jak wcześniej wspomniałam) traumatyczne dzieciństwo i ten sam człowiek próbuje znaleźć idealną drogę do autodestrukcji. 
Serce się kraje kiedy czyta się takie historie, a tą czytałam z jednoczesnym zachwytem i ogromnym smutkiem, a właściwie melancholią. 
"Teraz nie rozumiesz tego, co ci mówię, ale kiedyś zrozumiesz: cała sztuka z przyjaźnią polega na tym, żeby znaleźć ludzi lepszych od siebie, nie inteligentniejszych, nie bardziej cool, ale lepszych, serdeczniejszych i bardziej wybaczających, a potem szanować ich za to, czego mogą cię nauczyć, i słuchać ich, gdy mówią ci coś o tobie samym, choćby i najgorszego... albo i najlepszego, to się zdarza; i ufać im, co jest najtrudniejsze ze wszystkiego. Ale też i najlepsze."
Znajdujemy tutaj dużo wspomnień głównego bohatera, co nadaje nostalgii tej pozycji. 
Dla osób, które są bardzo wrażliwe- przyszykujcie pudło chusteczek, bo tak już od połowy zaczniecie siąkać nosem, a pod koniec popłaczecie się jak dzieci. Mówię poważnie. 

JĘZYK KSIĄŻKI:
I co ja mam powiedzieć teraz? Książka jest napisana inaczej niż wszystkie dotychczas znane mi książki. Przeplatają się czas przeszły z teraźniejszym, a także niektóre rozdziały są pisane w 1 osobie i mają trochę charakter listu.
Nie brakuje przekleństw, ale zastosowano je w granicach rozsądku. Ogólnie jest napisana prostym językiem, łatwym do zrozumienia. Troszkę ciężko się czyta, ale jest to spowodowane samą historią, aniżeli sposobem pisania. 

PODSUMOWANIE:
Książka piękna, szczera i bardzo ujmująca. Niezwykle wzruszająca. Ukazuje kruchość człowieka, a także jego słabość. Mówi o tym, że nieważne jak bardzo tego nie chcemy, wspomnienia wracają zawsze i te złe mogą "gryźć" dwa razy mocniej. Dojrzała, pełna cudownych przesłań, które mogą ukształtować czytelnika. Jestem pewna, że jeszcze do niej wrócę. I to nie raz. 

"Małe życie" dostaje ode mnie ocenę, 10/10- jako, że tutaj skala wykracza po za wszystko. 
Jest to zdecydowanie NAJLEPSZA i NAJPIĘKNIEJSZA książka, jaką przeczytałam przez całe swoje życie.