poniedziałek, 23 stycznia 2017

"Dziesięć płytkich oddechów" K.A Tucker | Recenzja

Wiele osób wypowiadało się już na temat tej książki i w większości były to same pozytywne opinie. Ja się za nią zabrałam z głębokim nastawieniem, że na pewno będzie to świetna i ciekawa książka.
A co z tego wyszło?


Kacey i jej młodsza siostra Livie wyjeżdżają do Miami, gdzie chcą zacząć wszystko od nowa. Z dala od wspomnień i z dala od złych ludzi.
Tam na dziewczyny czeka duża dawka niespodzianek i różnych sytuacji, ale niekoniecznie tych dobrych. Poznają Storm i jej córeczkę Mię, a Kacey przez przypadek natyka się na Trenta, czyli przystojniaka z sąsiedztwa.


Kacey jest główną bohaterką, która musi borykać się z traumą sprzed kilku lat. Jak na główną bohaterkę przystało, okropnie mnie denerwowała swoim zachowaniem i momentami miałam ochotę wykreślać jej imię ze stron. A takie moje spostrzeżenie- kolejna autorka robi rudowłosą główną postać. Czy inne kolory włosów są jakieś gorsze? Bo ja nie wiem. Non stop natrafiam na rudowłose dziewczyny.

Livie- młodsza siostra Kasey, która jest tak bardzo na siłę dziecinna, że chwilami było to bardzo męczące. Już wytrzymałabym wszystkie rozdziały z Kacey, byleby więcej nie czytać o tej postaci.
Irytująca, udająca tak bardzo niewinną, a jak przychodzi co do czego to pokazuje pazurki. To już jest takie typowe.

Trent, czyli tajemniczy mężczyzna, który zawraca w głowie kobietom. Niestety lub stety został ukazany jako taki hm.. chłopak, który zrobi absolutnie wszystko, aby zdobyć kobietę, choć z drugiej strony "obraża" się na nią z byle powodu. Właściwie Kacey też jest taka. Swój do swego ciągnie.

Storm, jako słodka blondynka z wielkimi cyckami, które- oczywiście- zrobiła dla swojego byłego faceta, z którym ma dziecko, a który teraz siedzi w kicu. I teraz jak to piszę, to jest aż śmieszne, jak bardzo ta książka jest schematyczna i do bólu typowa.


Jak na prawdziwe romansidło przystało już po pierwszych kilku rozdziałach dostajemy na twarz tajemniczą postać, która okazuje się zabójczo przystojnym mężczyzną z sąsiedztwa.
Jest to książka do bólu schematyczna i autorka ani trochę nie postarała się, aby ten fakt ukryć.

Właściwie to jestem tak zła na tą książkę, że nie wiem co dalej pisać. Gdybym tylko wiedziała, że tak bardzo się rozczaruję- nawet bym jej nie wypożyczała z biblioteki i być może byłabym teraz po lekturze "Ukrytej łowczyni" Danielle L. Jensen.

Jedynym chyba plusem tej książki było to, jak dobrze zostało ukazane cierpienie Kacey. Te wszystkie wspomnienia, zostały tak nakreślone, że ja jak nie lubię tej bohaterki, tak chwilami było mi jej po prostu żal i próbowałam postawić się na jej miejscu.

Ponadto zakończenie właściwie było bardzo fajne, choć ja tak trochę się tego domyślałam.
Więc są już 2 plusy.

Podsumowanie:
Jestem na nie. Po prostu jestem na nie. Spróbuję z innymi książkami tej autorki i mam nadzieję, że tamte okażą się o niebo lepsze. Plus ode mnie za cierpienie Kacey (błagam, tylko bez urazy haha nie chodziło mi o coś złego 😂😂). Ale to tylko tyle.

"Dziesięć płytkich oddechów"- 3/6.