poniedziałek, 27 lutego 2017

"Zakon mimów" Samantha Shannon | Recenzja

To była jedna z tych książek, które okropnie mi się dłużyły, miałam ochotę je walnąć w kąt, ale jak zwykle, końcówka okazywała się najciekawsza. Chociaż książka ta nie była zła, wiem, że moją niechęć do czytania spotęgował fakt, że muszę czytać zakichaną "Lalkę"..



Zacznijmy od tego, że Paige Mahoney znana nam już z "Czasów żniw" musi się ukrywać, ponieważ Sajon pilnie jej poszukuje. W sumie to nie tyle Sajon co sama Nashira Sargas, czyli potwór w ludzkiej... tzn. reifackiej skórze.

I tak jak w pierwszej części, główna bohaterka irytowała mnie, choć o dziwo już nie tak bardzo. Podziwiałam jej walkę i nadzieję na to, że uda jej się doprowadzić do zamierzonych jej celów. Ale nie można zaprzeczyć- Paige ma niezwykłą umiejętność wtykania kija w mrowisko. A także nosa w nie swoje sprawy.

I chyba pierwszy raz polecenia na okładce książki okazały się choć trochę zbliżone do prawdy. Bo pani Shannon naprawdę zafundowała nam emocje, jakich nie było w "Czasie żniw". Liczne tajemnice, morderstwa, wzajemne oskarżenia i to zakończenie, którego w sumie się domyśliłam, ale wolałam nie rzucać słów na wiatr. Ale wyszło na moje i nie wiem czy się cieszyć czy płakać.

Walka o tytuł Zwierzchnika, treningi i obrana strategia, jaką posłużyła się Paige. A to wszystko w tajemnicy przed Jaxonem, czyli swoim mim- lordem.
Chociać on też nie jest głupi i co nieco podejrzewa jeśli chodzi o jego Faworytę.


Oczywiście było to męczące, gdy główna bohaterka musiała być ratowana przez kogoś lub musiała uciekać i chować się przed czymś. To po jaką cholerę w ogóle szła w to miejsce, skoro dobrze wiedziała, że będzie musiała stamtąd spierdzielać? Dalej tego nie rozumiem i nie wiem co pani Samantha miała w głowie, gdy to pisała. Niemniej jednak książka spodobała mi się i raz jeszcze powtórzę- zakończenie mnie ogłuszyło, rozwaliło i chcę już kolejną część, bo MUSZĘ się dowiedzieć co się stanie dalej. Po prostu muszę.


"Zakon mimów"- 4.5/6