poniedziałek, 20 marca 2017

"November 9" Colleen Hoover | Recenzja


Tak jak zwykle książki Colleen Hoover mi się podobają, tak ta... No, nie było szału. I pomimo tego, że historia jest naprawdę wzruszająca, to książka wydała mi się bardzo znajoma. I to aż za bardzo.
Fallon jest byłą gwiazdą serialu o detektywach. Z naciskiem na byłą. Niestety została ranna w pożarze, który nieumyślnie spowodował jej ojciec. 9 listopada, w drugą rocznicę pożaru spotyka Bena, czyli jej nowego, fałszywego chłopaka, który pomaga jej w rozmowie z ojcem. Od tamtej pory para spotyka się co roku, 9 listopada. Każde spotkanie to kolejny rozdział powieści, którą pisze Ben. A jakie będzie zakończenie?
Fallon jest bohaterką, która nie zyskała mojej wielkiej sympatii. Bardzo często mnie denerwowała swoim dziwnym zachowaniem. Z drugiej strony jednak ogromnie jej współczuję, ponieważ przez jeden okropny wypadek, jej kariera i marzenia zostały przekreślone grubą krechą. 
Ben to chłopak, który jest zdecydowanie typem romantyka. Doszłam do tego wniosku na podstawie tego, że przeczytał aż 26 romansów dla dziewczyny, która mu się podoba. Nie znam takiego chłopaka i raczej  nigdy takiego nie poznam. Jest to na swój sposób urocze, że tak bardzo się stara. Ponadto sam pisze powieść, więc zyskał u mnie kolejne punkty.
Ta dwójka ma za sobą ciężkie przeżycia. Ben stracił matkę, natomiast Fallon swoją karierę. Pożar odebrał jej szansę na normalne życie (sama tak uważa) i musiała zrezygnować z grania w serialu. Ben buduje na nowo jej pewność siebie oraz sprawia, że dziewczyna nie jest już tak zamknięta w sobie i wstydliwa jak przedtem, co z jego strony jest bardzo miłe. 
Przechodząc do tego, co myślę o tej książce, zacznę od tego, dlaczego nie przypadła mi do gustu. Motyw z pożarem, wydał mi się podejrzanie znajomy i pogrzebałam w odmętach mojego umysłu i wygrzebałam. Ostatnia piosenka, wydała się bardzo znajoma, bo jeśli nie wiecie, to tam był identyczny motyw. Nie będę wnikać, kto od kogo się “zainspirował” czy coś w tym stylu, bo faktem jest to, że już kiedyś o tym czytałam. 
Książka natomiast spodobała mi się głównie dlatego, że autorka postanowiła dodać książkę w książce. Główny bohater pisze książkę o tym samym tytule i głównej fabule co książka, w której się znajduje. Uważam, że jest to naprawdę ciekawy pomysł i nie przypominam sobie, abym czytała kiedykolwiek podobną pozycję. 
Sama historia jest romantyczna, a i owszem, ale jednak czegoś mi tutaj zabrakło. Autorka chyba chciała, żeby książka została napisana na już i pokusiła się o opisanie tylko i wyłącznie tych dni, w które wypada 9 listopada. Myślę, że autorka mogła dodać chociaż kilka rozdziałów, w których napisałaby co robiła para, kiedy nie spędzała czasu razem. 
Moim zdaniem jest to najsłabsza książka, jaką czytałam tej autorki. O wiele lepsze były m.in. HopelessMaybe someday, czy Never, never. Zastrzegam sobie jednak, że nie twierdzę, iż ta książka jest głupia, nudna i bardzo zła, ale wypada po prostu słabo na tle pozostałych.
Jest to króciutka książka, na jeden wieczór. Idealna, aby się odprężyć po ciężkim dniu w pracy, czy szkole. Jednakże jest to także książka, po której przeczytaniu odstawiamy ją na półkę i o niej zapominamy.
"November 9"- 4.5/6.