sobota, 6 maja 2017

Sobota z serialem: "Gra o tron" sezon 1 | Recenzja

Może pamiętacie, jak Wam pisałam o moich pierwszych wrażeniach na temat "Gry o tron"?
Udało mi się skończyć 1 sezon. Głównie dzięki mojemu chłopakowi, który mnie niejako do oglądania "zachęcał".


Pierwsze co musicie wiedzieć to to, że w serialu jest mnóstwo krwi, przemocy i seksu. Tak, tego ostatniego jest nad wyraz dużo. Nagość jest tam na porządku dziennym.

Drugą sprawą są bohaterowie: jest ich dużo. Aby spamiętać ich imiona, potrzebowałabym na to kilku dni. Dlatego z pomocą przychodzą ksywki!
 Ponadto niektórzy bohaterowie są tak... Wnerwiający. Szczególnie młody Lanister oraz ta Sansa. No zabiłabym jakbym zobaczyła!

Oczywiście świat 7 królestw jest tak zawiły i skomplikowany, że nawet nie próbuję go zrozumieć. Każdy- dosłownie każdy, chce wojny, chce zdobyć ten przeklęty tron z żelaza czy z czegoś tam.
Niesprawiedliwość jest tam na porządku dziennym, tak samo jak seks.

A i żeby nie było, że ciągle narzekam, to jest kilku bohaterów, których bardzo polubiłam. Szczególnie Jona Snowa (muszę to tłumaczyć? 😂) oraz Calissi (o ile tak to się pisze). Oczywiście całkowitym przeciwieństwem jest jej brat, który okazał się takim totalnym psycholem, że aż szkoda mówić.

Wiem, że ta "recenzja" jest pewnie okropnie zagmatwana, ale zrozumcie, że ja ogólnie jestem taka zakręcona. A jak jestem pełna emocji, to tak piszę nieskładnie :D
Musicie przygotować się szczególnie na śmierć. Śmierć jest wszędzie i towarzyszy każdemu. Polubiliście bardzo jakąś postać? Och, byłoby szkoda, gdyby ta osoba umarła w następnym odcinku... (to nie spoiler, tak tylko mówię!).

Dobra, muszę skończyć swój wywód, bo niepotrzebnie Wam zaspoileruję... Jeżeli jesteście ciekawi, to obejrzyjcie. Kto wie, może się zakochacie? :D