piątek, 7 lipca 2017

"Tysiąc pocałunków" Tillie Cole | Recenzja

Od czasów "Promyczka" Kim Holden, nie czytałam takiego romansu, który by mnie wzruszył. Akurat tak się złożyło, że od pani z biblioteki dostałam kod do Legimi, gdzie mogłam bez przeszkód przeczytać "Tysiąc pocałunków", które planowałam już od dłuższego czasu.




Rune jest norwegiem i razem z rodzicami jest zmuszony przeprowadzić się z rodzinnego kraju do miasteczka Blossom Grove w stanie Georgia. Tam już na początku poznaje swoją nową sąsiadkę- Poppy, z którą zaczyna łączyć go przyjaźń. Dziewczynka kilka lat później musi pożegnać swoją babcię, która wręcza jej słoik wypełniony serduszkami, na których Poppy ma zapisać tysiąc pocałunków jakie otrzyma od swojego chłopaka. Pytanie brzmi: czy uda jej się zdobyć wszystkie tysiąc pocałunków?

Od samego początku wczułam się w klimat tej powieści w całości. Byłam tak pochłonięta, że nie wiedziałam kiedy minęła godzina, dwie, trzy, a potem skończyłam całą książkę.
Poppy, jest dziewczynką, a następnie nastolatką, którą bardzo polubiłam. Być może dlatego, że trochę jest taka jak ja? Cicha, nieśmiała, grzeczna. Nie no, kogo ja chcę oszukać. Na pewno nie jestem cicha. Ale wracając. Jak wspomniałam bardzo ją polubiłam i nawet nie wiecie jak bardzo serce mi pękło podczas czytania niektórych scen.

Rune z kolei jest chłopakiem, po którym widać, że kocha swoją dziewczynę. Moje serce roztapiało się, kiedy zwracał się do niej czułym "Poppymin".

Fabuła wydaje się być prosta. Mamy romans nastolatków, ich wzloty i upadki. Chłopak w pewnym momencie wyjeżdża do Norwegii, gdzie jego ojciec dostał lepiej płatną pracę, aby po 2 latach wrócić do swojej dziewczyny. Tyle, że.. Zarówno ta dziewczyna jak i ten chłopak nie są tymi ludźmi, którymi byli wcześniej. Jest to jednocześnie łamiące serce oraz pocieszające. Niby dobrze, że są blisko siebie i wszystko może wrócić do normy, ale jednak boli fakt, że nie mogą znaleźć ze sobą porozumienia.

Książka opowiada słodko- gorzką historię, która mogłaby się zdarzyć każdemu z nas. Chwilami czytałam ją z wypiekami na twarzy, ale w następnej chwili zalewałam się łzami. I to nie tylko dlatego, że jestem kobietą. Po prostu Tillie Cole wyrywa nam serca, przytula je i dba o nie, aby następnie rzucić je na ziemię i podeptać. Czyżby zmówiła się z Kim Holden? Może. Kto wie. Na mojej półce stoi inna książka Cole pt.: "Raze". Kiedy się za nią zabiorę? Nie wiem. Ale faktem jest, że cholernie się boję, bo wiem już co autorka może ze mną zrobić.

Jeżeli płakaliście na "Promyczku" to możecie być na 100% pewni, że po lekturze "Tysiąc pocałunków" będziecie zalewać się łzami podwójnie.

"Tysiąc pocałunków"- 6/6.